www.Rejtan.EU

W Internecie pojawiają się doniesienia typu: "Biedronka ma tysiące sklepów i żaden z nich nie został zamknięty z powodu kwarantanny". "Żaden pracownik z tysiąca Lidlów nie złapał wirusa w pracy". Czy też takie: "Patolodzy mówią wyraźnie, że nikt nie zmarł z powodu COVID-19". Lub też mój ulubiony: "Szwecja nie wprowadziła żadnych obostrzeń i wychodzi z pandemii"

Mówiąc krótko, w blisko dwa miesiące po wprowadzeniu restrykcji w Polsce ludziom zaczynają się składać puzzle. Cierpią na tym głównie ci, którzy mieszkając w przygranicznych regionach pracują po drugiej stronie granicy. I nieważne, czy mieszka w Niemczech i pracuje w Polsce czy na odwrót. Konsekwencja tego jest taka sama: po przekroczeniu granicy z Polską musi poddać się przymusowej, dwutygodniowej kwarantannie.

Co najdziwniejsze, z obowiązku tego zwolnieni są (poza pracownikami Służb) Kierowcy zawodowi, przemierzający setki kilometrów dziennie, podróżujący po różnych regionach całej Unii. W związku z tym pojawiają się coraz częstsze doniesienia od Kolegów odnośnie traktowania ich i ich rodzin, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Podobnie jest z pracownikami Służby Zdrowia. Ci sami ludzie, którzy kilka tygodni temu oklaskami dziękowali im za pracę dziś sugerują swoim sąsiadom - Lekarzom i Pielęgniarkom - aby nie przychodzili do domu po pracy, bo ich narażają.

Udało się wprowadzić swoistą psychozę, skasować zaufanie między ludźmi. Nawet wśród swoich sąsiadów widzę coś takiego. Gdy kilka dni temu budowałem ogrodzenie swojego ogródka pod balkonem (dłuższa sprawa, może kiedyś to opiszę) - sąsiad wracając ze sklepu przystanął koło mnie w masce. Ale po chwili ją ściągnął widząc, że ja w ogródku ze swojej nie korzystam (po prostu, pracując fizycznie ciężko jest złapać oddech, a praca fizyczna przy ogródku ma przynosić przyjemność). Dziś widzę wśród swoich Sąsiadów powrót do pewnego zaufania. Ciekawe jak to będzie, gdy za kilka dni wrócę na szlak.

Bo i taka ewentualność jest rozważana.

Po miesiącu wolnego planuję wrócić za kółko. Tym razem nie będzie to już jazda po Wyspach, ale po Europie. Z racji swojego wieku i chęci częstszego bycia w domu będę pracował w tzw. "kółkach" - czyli wyjeżdżam w poniedziałek, wracam w piątek i weekendowy odpoczynek odbieram w domu. Nie interesuje mnie żadna praca w systemach, tj dwa czy trzy tygodnie w trasie i powrót na kilka dni do Polski. Co najbardziej denerwowało mnie w pracy w Anglii to krótkie wyjazdy i czasami kilka załadunków i rozładunków dziennie. A najmilej wspominałem dni, gdy do pokonania miałem 300-400 km w jedną stronę. Tu, do pokonania będzie 1600 km w jedną, rozładunek i załadunek w tym samym miejscu po czym powrót do kraju. I najpiękniejsze w tym wszystkim jest brak jazdy po Niemczech, kraju który mnie irytuje niemiłosiernie. :-)

Czy się obawiam? Oczywiście, wszak tyle niedomówień które się nagromadziły przez ostatni czas, liczba sprzecznych informacji jest ogromna. Jednak człowiek ma Znajomych i Przyjaciół w różnych krajach Europy. W dobie komunikacji internetowej jestem w stałym kontakcie z Nimi, resztę informacji o sytuacji na Starym Kontynencie czerpie człowiek z postów zamieszczanych w branżowych grupach. Jest to o tyle proste, że w przypadku pojawienia się fake news, pojawia się osoba, która jest/była w danym miejscu i w danym czasie i dementuje lub prostuje przesyłane informacje.

Z zebranych informacji mogę z pewną dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że obecnie sytuacja w Europie jest opanowana i nie ma większych obaw do podróży służbowych; przy zachowaniu podstawowych zasad higieny i bezpieczeństwa. Czyli coś, co człowiek uskutecznia, odkąd siadł służbowo za kierownicę. Zasady te są proste: mycie rąk po wyjściu z publicznej toalety, dezynfekcja rąk po powrocie do kabiny auta (chociażby mokrymi chusteczkami, które dodatkowo "nasączam" jakimś alkoholem), nie szwendanie się bez celu po parkingach czy łażenie do sklepach itp. Nie zdziwi mnie, gdy za kilka miesięcy zostaną przedstawione statystyki i po analizie jakieś mądre głowy dojdą do wniosku, że te całe #KoronaWariactwo było niczym innym jak kolejną odmianą sezonowego przeziębienia; z tą różnicą, że zainteresowały się nim media.

W sumie, patrząc się z boku. Politykom taka sytuacja również na rękę. Cytując klasyka: "Woda ma to do siebie, że się zbiera i stanowi zagrożenie, a potem spływa do Bałtyku" podobnie jest z tą całą sytuacją. Sezonowe zachorowania w pewnym momencie się kończą. Z dużą dozą pewności można stwierdzić, że bardziej zaszkodziło to osobom mającym zaplanowane na ten czas jakiekolwiek badania czy zabiegi; ponieważ media wymagały od Służby Zdrowia aby zachowywała się tylko tymi przypadkami. I nie ważne, czy jesteś lekarzem od nóg, brzucha czy ucha - masz leczyć koronawirusa. Wszelkie miejsca w szpitalach i pod respiratorami dla tych, którzy złapią wirusa "Made in China". Bo przecież, magicznym sposobem w tym czasie nie umarł nikt na raka, nikt nikogo nie potrącił na pasach czy nikt nie skaleczył się w palec.

Przypomina mi się sytuacja jaka miała miejsce na początku marca w jednym z magazynów w UK, gdy na bramie została wdrożona procedura "AntyKoronaWirusowa". Polegała ona na zadaniu Kierowcom serii pytań, w stylu: "Czy w ostatnich dwóch tygodniach byłeś w Chinach/we Włoszech", "Czy masz dziś podwyższoną gorączkę" lub "Jaki jest Twój stan zdrowia". Jednak wiadome było, że wirus inkubuje się w przeciągu dwóch tygodni, więc jeżeli złapałem bakcyla od kogoś w zeszłym tygodniu, to jeszcze u mnie objawy mogły nie wystąpić. Na moje pytanie: "A co w sytuacji, gdy byłem w Tajlandii" - pan na bramie nie potrafił mi odpowiedzieć, bo tego jego procedura nie przewidywała. Po czym, aby dbać o nasze (Kierowców) bezpieczeństwo kazano nam siedzieć przez czas rozładunku (lekką ręką licząc - godzinę czasu) w małej, około 80m2 kanciapie na siedzeniach, które do czystych nie należały nigdy. Fakt, postawiłem się i byłem rozładowany w inny sposób; niemniej pokazuję skalę absurdu z jakimi musimy się borykać niemalże codziennie.

Boję się tylko jednego (tutaj wchodzę w sferę teorii spiskowych). Jeżeli obecny COVID-19 okaże się kolejną odmianą "sezonowej grypy" i to wyjdzie na jaw, a za kilka lat będziemy mieli jakiś inny SARS-24, który już taki łagodny nie będzie; oraz ludzie mając doświadczenie C'19 zignorują zalecenia i będziemy mieli prawdziwy wysyp? Nie pozostaje nic innego jak zwykłe samolubstwo. Czyli przygotować się na taką ewentualność w postaci odpowiednich zapasów. Kiedyś wszyscy byli prepersami - przygotowując zapasy na zimę. Dziś mało która domowa "gospodyni" potrafi przyrządzić słoik ogórków czy weki z powidłami. Wszystko, co potrzebne jej do egzystencji może nabyć w lokalnym sklepie spożywczym. I może się okazać, że w takiej sytuacji, za kilka lat ludzie nie będą umierali na ten wyimaginowany SARS-24 a po prostu, z głodu lub na zwykłą grypę związaną z osłabieniem organizmu.

Dlatego moi mili, bądźmy mądrzy przed szkodą, aby przejść przez ten czas suchą nogą i z pełnym żołądkiem.