www.Rejtan.EU

Zanim przejdę do meritum, kilka słów wstępu.

Pisze te słowa człowiek, który w połowie marca w ciągu kilku minut pożegnał się z dobrze płatną pracą w UK i tego samego dnia wyjechał z Wysp po słowach tamtejszego Premiera, który mówił, że "Brytyjczycy muszą nabyć zbiorowej odporności i nic nie będą robić" oraz, że "świadomy jest tego, że może być sporo ofiar w ludziach i mieszkańcy Królestwa muszą się z tym liczyć i do tego przywyknąć". Był to 13 marca, gdy spakowałem samochód, 14 marca z samego rana pojawiłem się na stacji Eurotunelu, a wieczorem przekroczyłem granicę z Polską. Przyjechałem dwa tygodnie wcześniej aby odbyć dwa tygodnie odosobnienia, aby móc świętować urodziny moich Dzieci. W planach miałem wyjazd w sobotę 28.03 i pozostać aż do Wielkanocy, w międzyczasie zabrać Żonę na weekend w Kijowie (do którego też nie doszło, bo Ukraina zawiesiła jakiekolwiek loty). Tak, padłem ofiarą zbiorowego wariactwa i medialnego strachu. Ale, gdy czytałem wiadomości z Polski, to słychać było jedno: "Europa będzie zaścielona trupem". Przekraczając granicę 14.3 o 20 nie podlegałem przepisom o kwarantannie, a jako Kierowca zawodowy nie podlegam im na mocy wyjątku od ustawy czy też rozporządzenia.

Tyle tytułem wstępu.

W międzyczasie mowa była, aby w Polsce wprowadzić stan wyjątkowy w związku z pandemią. Na coś takiego się nie zdecydowano, ponieważ w ciągu pół roku od zakończenia SW nie mogłyby się odbyć żadne wybory i plebiscyty. I wmawiano nam, że wszystko będzie dobrze i do maja sytuacja będzie opanowana, a my w bezpieczny sposób będziemy mogli wybrać osobę Prezydenta. Jak się to wszystko potoczyło - wiemy.

Od czasu mojego powrotu (14 marzec) do dziś (11 maj), w ciągu tych dwóch miesięcy zdarzyło się sporo. Szkoły były już zamknięte i mogłem być spokojny o własne Dzieci. Ale w międzyczasie zamykano poszczególne gałęzie gospodarki licząc na to, że "wirusa" uda się powstrzymać. Czy było to spowodowane tym, że wirus był taki groźny, czy może tym, że w przypadku dużego piku ilości przypadków pilnej hospitalizacji okaże się, że Służba Zdrowia zarządzana jak za starej dobrej Babci Komuny nie jest w żaden sposób przygotowana na coś takiego? Stąd ze szklanego ekranu padało częste określenie o "spłaszczaniu" czy "hamowaniu" pandemii. Z punktu widzenia Rządzących było to rozwiązanie logiczne i przemyślane. Ale dlaczego w ciągu kilku godzin z portali aukcyjnych zniknęły produkty do higieny takie jak żele antybakteryjne czy chociażby maseczki? Czy chodziło o to, żeby Orlen mógł ogłosić wyprodukowanie swojego płynu dezynfekcyjnego a Premier mógł przy blasku fleszy "wyładować Antonowa"? Przy czym słyszymy doniesienia, że światowe firmy od damskich kiecek przestawiły się na produkcję maseczek, producenci samochodów produkują respiratory, wielkie destylarnie zamiast produkcji whiskey czy innej gorzały leją do butelek płyn dezynfekcyjny, a producenci obuwia produkują przyłbice?

I testy, które tak naprawdę nie wiadomo co wykrywają, skoro Covid-19 wykryto w ZOO u tygrysa [link]? Pojawia się wiele sprzecznych informacji. I zanim na Wyspach był pierwszy przypadek, pamiętam jeden z weekendów w którym mnie połamało. Przyjechałem w piątek już trochę słaby, ale gdy obudziłem się w sobotę rano ledwo co mogłem zejść po schodach na dół, w niedzielę również było nieciekawie. Wstawałem tylko po to, aby zjeść coś na szybko i wracałem spać. Ale odpowiednia dawka medykamentów które miałem akurat w swojej apteczce sprawiła, że w poniedziałek objawy ustąpiły. I do dziś nie wiem, czy była to wredna odmiana grypy, czy faktycznie gdzieś złapałem owego medialnego mikroba. Jednak ilość i jakość testów pozostawia wiele do życzenia. I choć z jednej strony ciekawi mnie, czy już jestem "po" czy jeszcze "przed", to nie mam zamiaru bawić się w jakieś komercyjne testy które poza stwierdzeniem na obecność przeciwciał na Covid-19 pokażą, że np. jestem w ciąży.

Wracając do głównego tematu. Dziś, po częściowym uwolnieniu gospodarki, powstaniu kosmetycznego podziemia, nakazie zakładania maseczek i wyborach które się nie odbyły teorii spiskowych jakie obiegają Internet jest na pęczki. Od chęci zlikwidowania gotówki po utworzenie światowego rządu i chipowanie ludzi. Ale skupię się na kwestiach wyborów.

Można odbyć wrażenie, że prawo w Polsce nie jest ustalane między Posłami i Senatorami, którzy w sprawowaniu swojego mandatu są niezależni i odpowiadają za swoje decyzje wyłącznie przed Obywatelami, a w kuluarach i ciemnych gabinetach Prezesów i Przewodniczących. Że polecenia wydane przez Prezesa tej czy innej instytucji bez umocowania prawnego są realizowane przez tryby z mocą ustawy. Bo jak rozumieć drukowanie milionów kart dd głosowania aby przeprowadzić wybory korespondencyjne, które jeszcze nie były "przepchnięte" przez Senat? Jak rozumieć pewność mediów, które od miesiąca mówiły, że wybory są możliwe w terminie wczorajszym i które wmawiały nam, że ich nie przeprowadzenie będzie winą wyłącznie opieszałości Senatorów? Jak wreszcie przyjąć wybory, do których nie zostały powołane komisje?

Brałem czynny udział w wyborach samorządowych 2014, prezydenckich i parlamentarnych 2015 gdzie Komisje Wyborcze były losowane spośród zgłoszeń Komitetów na miesiąc wcześniej, dwa tygodnie przed terminem wyborów odbywały się szkolenia członków Komisji. Dziś na ten temat ani widu ani słychu. Można powiedzieć: w przypadku wyborów korespondencyjnych ilość komisji może być mniejsza, ale one również nie są gotowe do pracy.  Czy zatem nie rozsądniej było wprowadzić stan klęski wcześniej?

Dziś dowiaduję się, że Kandydaci, którzy zarejestrowali się w wyborach Prezydenckich 2020 zostaną przeniesieni "awansem" na listę osób ubiegających się o udział w wyborach, które odbędą się w najbliższym terminie? Ale co z tymi, "Kandydatami na Kandydatów" którzy nie zarejestrowali swoich list, bo zabrakło im 5 czy 10 tysięcy podpisów? Czy będą mogli dozbierać brakujące głosy poparcia i wystartować w nowym terminie? Co z konstytucyjnymi terminami? Jeżeli termin będzie krótszy np. o połowę, czy będą oni zmuszeni do zebrania wymaganych 100 tysięcy, czy wystarczy 50.001 ważnych głosów poparcia?

Można odnieść wrażenie, że ugrupowanie rządzące powoli zaczyna zjadać własny ogon. Na chwilę obecną wszystko jest w jak najlepszym porządku, czują, że udało im się złapać coś dużego, tłustego. Problem pojawi się, gdy dojdzie do nich w jakiej sytuacji się znaleźli. I że uroboros to nie fajne łacińskie słowo, ale początek końca.