www.Rejtan.EU

W połowie marca podjąłem decyzję o powrocie do Polski z UK. Poniższy tekst będzie o różnicy w pracy o specyfice pracy na europejskich "długich" kółkach i różnicy pomiędzy trampingiem w UK aktualnej sytuacji pandemicznej w kilku krajach (.de, .sk, .hu, .si, .it, .at) jak i o pierwszych kilometrach "po właściwej stronie" jezdni.

Gdy człowiek jest uzależniony od jazdy, dłuższe siedzenie w domu nie wchodzi w rachubę. Dlatego po kilku tygodniach błogiego "nicnierobienia" znalazłem pracę która polega na przewozie towaru dla jednego Klienta. Jeden załadunek w Polsce, jeden rozładunek we Włoszech. Kółka trochę długie, bo ponad 1500 km w jedną stronę. Ale to co mnie dobijało w pracy w Anglii to kilka załadunków i rozładunków w ciągu dnia, przy stosunkowo małej ilości zrobionych kilometrów.

W Anglii pracowałem jako tzw. "tramper" czyli osoba, która na tygodniu spała w aucie. Polegało to na tym, że w poniedziałek brałem albo pustą albo załadowaną naczepę i w ciągu tygodnia wykonywałem dostawy w różne miejsca. Czasami w ciągu dnia przejeżdżałem przez macierzystą "bazę" i wymieniałem naczepę - zostawiając dotychczasową na placu i biorąc inną. Mój rekord to 5 przepinek w ciągu dnia (czyli pięć różnych naczep). Mój rekord jeżeli chodzi o ilość kilometrów w ciągu tygodnia (pn-pt) to około 2,4 tysiąca. W przypadku jazdy po Europie w "kółkach" mam dwa przeładunki w ciągu tygodnia, czyli  otwieram naczepę, zabezpieczam towar. Później następuje kilka (zwykle 3 dni) jazdy, przeładunek na drugim miejscu docelowym i powrót. W UK człowiek "wyjeżdżał" godziny do końca, czyli wykorzystywałem cały przysługujący mi czas - 2-3 razy po 15h pracy i 2-3 razy po 13 godzin pracy. W przypadku pracy w kółkach, ładując w czwartek mam jeden termin rozładunku, którego muszę się trzymać, mianowicie, towar musi się znaleźć u Odbiorcy w poniedziałek rano. Czas pracy kierowcy mówi, że ten może jechać maksymalnie 4,5 godziny, po czym musi nastąpić przerwa 45 minut i można nadal kontynuować jazdę o kolejne 4,5 godziny osiągając limit 9 godzin, raz w tygodniu można zwiększyć ilość godzin za kółkiem do 10. Mój styl jazdy polega na tym, że nie robię jednej a dwie przerwy, jadąc 3, 4 i dwie godziny jednym ciągiem. Dzień pracy przedłuża się o 45 minut, ale i tak "zamyka" się w 11.5 godziny. Później następuje regularna 11 godzinna przerwa i następny dzień. Przy takim ułożeniu dnia, wykorzystuję praktycznie maksymalnie godziny jazdy, jednocześnie nie przeginając żadnych przepisów o czasie pracy.

Drugą sprawą są parkingi i życie na nich. Z racji tego, że transport wykonywany jest przez Kierowców z różnych krańców Europy na parkingach życie "towarzystkie" kwitnie. Można przy okazji podszkolić się ze znajomości różnych języków. Aktualnie jestem na etapie poznawania podstaw języka Rumuńskiego :-)

Kolejną sprawą jest kwestia "Covid19", czyli w moim przekonaniu ogólnoświatowej ściemy. Z racji tego, że przejeżdżam przez kilka krajów (Polska, Czechy, Słowacja, Austria, Węgry, Słowenia a następnie "osławione" Włochy postaram się opisać moje subiektywne doświadczenia. Dodam, że w przypadku innych państw Europejskich jeżdżę w nich od początku maja i nie znam sytuacji jaka panowała wcześniej. Zatem, zaczynając od początku.

Czechy.

Na stacjach benzynowych jest obowiązek noszenia maseczki. Przejeżdżając przez wioski i wioseczki (objazd Mikulowa) rzadko można znaleźć ludzi chodzących na ulicy w maseczkach. Głównie są to osoby starsze, jednak nie spotkałem do tej pory osoby jadącej na rowerze w maseczce, jak to ma miejsce w Polsce. Na granicy z Polską służby graniczne mierzą temperaturę, a Kierowcom zagląda się do kabiny, czy nie przewożą w aucie osób nie będących zawodowymi kierowcami.

Słowacja.

Tu sprawa wygląda podobnie, choć tak jakby na ulicach było więcej ludzi (może dlatego, że przejeżdżam przez bardziej zaludnione tereny). Również osób w maseczkach mało. Bratysława przejezdna i mało zakorkowana, aż chce się jechać. Na granicy samochody ciężarowe przepuszczane na bieżąco. Na stację benzynową da się wejść bez maseczki, wszystko za "szybami z pleksy".

Austria.

Tu już trochę inaczej. Na wjeździe mierzą Ci temperaturę (zarówno z wjazdu z Polski, jak i wjeżdżając z Włoch). Austriaków zawsze miałem za przyjazny Naród, stąd bardzo miło wspominam każdą kontrolę. Infrastruktura przygotowana na przyjęcie Kierowców, parkingi przy autostradach (z tego co pamiętam sprzed lat) zawsze są czyste i pachnące. Generalnie, cisza spokój.

Węgry.

Tu sprawa się komplikuje. Kierowcy tranzytowi mają wydzielone korytarze przez które mogą jechać. Obowiązkowe naklejki na autach "Tylko tranzyt" i posiadające je pojazdy mogą zatrzymywać się tylko i wyłącznie na wyznaczonych parkingach i korzystać z wyznaczonych stacji benzynowych. Dlatego też Węgry "robi się" na strzał, zatrzymując się jedynie na granicach. Mój korytarz prowadzi przez totalne odludzia, a krajobraz przypomina Polskę z połowy maja (gdy w naszym kraju wprowadzono obowiązkowy lockdown). [sytuacja na koniec maja]

Słowenia.

Przez Słowenię jechałem tylko raz. Droga tranzytowa przebiega przez autostrady, na parkingach życie jak zwykle. Próbując doładować urządzenie do poboru opłat pani na stacji nie wymagała abym założył maskę. Pani była również za grubą plastikową kurtyną.

Włochy.

Za pierwszym razem myślałem, że będę widział stosy ciał, ludzi w maseczkach na każdym kroku. Rzeczywistość początku maja okazała się zupełnie inna. Ludzi ubranych w kombinezony widziałem jedynie w karetkach pogotowia, po ulicy też ciężko dostrzec ludzi w maskach. Jadący autami osobowymi również "narażają" się na "zakażenie", czyli masek nie noszą. W fabrykach w których mam rozładunki i załadunki mierzą tylko temperaturę na wejściu. Pracujący tam ludzie mają obowiązek noszenia masek cały czas, co przy temperaturze dochodzących w ostatnich czasach do 30-35 stopni jest niezwykle ciężkie. Sam pracując przy zabezpieczaniu ładunku wysiadam w maseczce, ale nie zakładam jej szczelnie, choć słyszałem z pewnego źródła, że jeszcze dwa miesiące temu za poruszanie się bez maski można było "wyłapać" mandat, i to dosyć spory.

Czy należy bać się kierowców zawodowch, wracających z dalekich krajów? Powiem, szczerze, że w ciągu dnia więcej ludzi spotykam idąc do sklepu niż podczas sześciodniowego wyjazdu. Jesteśmy wyposażeni w różne elementy ochrony osobistej - od maseczek, przez płyny dezynfekujące po przyłbice. Ludzie na rozładunkach starają się do nas nie podchodzić zbyt blisko, więc rzadko kiedy łamany jest dystans dwóch metrów.

Nie wiem jak funkcjonują ludzie na "przerzutach" czyli tacy, którzy wyjeżdżają raz na dwa, trzy tygodnie i ten cały czas spędzają w kabinie swojej ciężarówki. Mi, jak dotychczas ten tryb pracy się podoba. Co więcej, nie miałem zbytniego problemu przestawić się na jazdę po prawej stronie jezdni.

Różnicę widzę jedną. Angielskie drogi są wąskie, niejako skrojone na wymiar. Jadąc ciężarówką i trzymając się jednej linii, ciężko jest najechać na sąsiedni pas jezdni. W przypadku dróg w Europie, a szczególnie w Polsce, każdy przejazd przez rondo to wyzwanie, wymagające odpowiedniego przygotowania i nieustannej obserwacji "ogonu" w lusterkach. W UK - jeżeli poprawnie prowadziłem przód auta przy linii, tył znajdował się co prawda blisko krawędzi czy ogrodzenia, ale zawsze odpowiednio "wychodził". I to jest główna różnica, którą widzę między drogami.