www.Rejtan.EU

Jeżeli czytam informacje w sieci dotyczące obecnej pandemii, jako człowiek który lubi wysłuchać obu stron konfliktu (każdego) jestem w małej zagwozdce. Argumenty jednej i drugiej strony wydają się racjonalne i spójne, niestety przy zestawieniu stron ze sobą - są nad wyraz sprzeczne. Jako człowiek, który sporo swojego życia spędza w trasie starałem się zawsze zachować higieniczny tryb życia (mam na myśli nie tylko częste prysznice). Odkąd podróżuję - nieważne, czy służbowo czy nie - na moim wyposażeniu są zarówno mokre chusteczki jak i inne dobrodziejstwa współczesnego świata.

Nie pamiętam, abym usiadł na desce klozetowej w publicznym miejscu bez uprzedniego jej zdezynfekowania i położenia specjalnej maty na deskę klozetową. I o ile na Europie jest ona dostępna w różnych wariantach (czasami również jest nasycona przyjemną wonią), to w naszej Ojczyźnie nie spotkałem jej w dystrybucji (jeżeli wiesz gdzie, to napisz mi na moim fejsbukowym profilu). Aby posiedzieć nad wodą brałem dwa rodzaje mokrych chusteczek - jedne dodatkowo nasączone alkoholem do wytarcia siedziska, drugie do bezpośredniej higieny przedłużenia pleców.

Tak więc minimalizowałem sytuację w których mógłbym zarazić się nie tylko koronawirusem, ale różnymi chorobami, w tym wenerycznymi. Bo głupio - będąc wiernym Mężem - mieć przypadłość bywalca domów publicznych wątpliwej kategorii. W sieciowych barach szybkiej obsługi zawsze brałem jedzenie na wynos wiedząc jaki poziom higieny prezentowany jest wewnątrz tych - że tak sobie pozwolę zażartować - "restauracji". Pomijam tu fakt, że w aucie miałem zawsze spory komplet przypraw różnego kalibru i mogłem spożyć posiłek bez przyjemności patrzenia się na innych ludzi. Tak, nie należę ostatnimi czasy do zbyt towarzyskich osób.

Problem pojawił się, gdy jakiś Jo Xi rzekomo zjadł nietoperza i zyskał niechlubne miano "Pacjenta 0". A później obserwowaliśmy jak w poszczególnych krajach statystyki pokazywały nagły wzrost zachorowań na Covid-19. Z jednej strony była naturalna panika przed czymś nowym i nieznanym, z drugiej wiele osób nie przywiązywało wagi do tego, co dzieje się w Chinach, wszak Chiny to gdzieś daleko.

I tu można się zgodzić, gdyby nie setki tysięcy ludzi, którzy każdego dnia podróżowali z i do Chin. To głównie dzięki nim wirus mógł się tak szybko rozprzestrzenić po świecie. Można powiedzieć, że wczesne komunikaty przekazywane zarówno przez WHO jak i dyżurnych telewizyjnych wirusologów mówiły jedno: "wirus nie przenosi się z człowieka na człowieka". Po kilku dniach narracja się zmieniła. I rozpoczął się proces który trwa do dziś.

Później ci sami ludzie mówili: "ludzie którzy umarli z powodu zarażenia wirusem Covid-19 mieli choroby współistniejące". Czyli wszystko, od anemii po żylaki. A Covid był jedynie katalizatorem, który przyspieszył moment spotkania ze św. Piotrem. Z drugiej strony (tutaj znowu dała o sobie znać moja natura poznania dwóch stron medalu) sceptycy mówili, że to nic innego jak poważniejsza odmiana grypy, ale nie różniąca się zbytnio od innych mutacji. Wszak powikłania po grypie bywają różne i wcześniej również dochodziło do zgonów. Inni wskazywali, że wirusy z koroną "z czegoś tam" występują w przyrodzie od dawna i to nie jest nic nadzwyczajnego. Jednak medialna nagonka zrobiła swoje i dziś mamy co mamy.

Od lutego zeszłego roku mieszkałem w UK. Pracowałem jako kierowca ciężarówki (o czym pewnie wiecie). Jednak w marcu tego roku po słowach lokalnego Premiera, który mówił o tym, że Anglia musi nabyć odporności zbiorowej - spakowałem swoje rzeczy do samochodu i tego samego dnia wyruszyłem w drogę do Polski. Wjechałem na kilka godzin przed wprowadzeniem w naszej Ojczyźnie kwarantanny dla wracających z zagranicy; jednak ta mnie tak czy inaczej nie dotyczyła. Więc następnego dnia po powrocie zgłosiłem się do Sanepidu w miejscu w którym przebywałem, aby przejść tzw. "dozór epidemiologiczny". Miałem tą możliwość, ponieważ w rodzinnym domu jest piętro bez dostępu do niższych kondygnacji i po zainstalowaniu się na nim przesiedziałem bite dwa tygodnie. Chodziło tu bardziej o temat bezpieczeństwa własnej rodziny, ponieważ jako kierowcę zawodowego ustawa o kwarantannie mnie nie dotyczy. Oraz o to, aby nie musieć tłumaczyć się pierwszemu lepszemu Sąsiadowi dlaczego łażę po osiedlu. I aby nie być traktowany jako trędowaty.

Wszak w telewizji w tym czasie wskazywano mówiąc o - wciąż nielicznych jeszcze - nowych przypadkach skąd dana osoba przywiozła wirusa. Takie atrakcje były mi niepotrzebne, ale dziś czytając informacje o tym, jak traktowane są Żony zawodowych Kierowców w miejscach pracy lub lokalnych społecznościach - chciałem tego oszczędzić własnej rodzinie; niejako czując pismo nosem. Pierwszy dysonans poznawczy pojawił się w momencie gdy dostawałem informację w telewizji mówiące o tym, że zamknięcie granic jest skuteczne; z drugiej - widziałem posty ludzi na portalach społecznościowych którzy przejeżdżali granicę bez żadnego sprawdzenia bądź ludzi, którzy stali kilkanaście godzin w kolejkach. Myślę: coś tu nie gra. Bo czy mam wierzyć osobom w telewizorze, czy dziesiątkom osób, które piszą posty na grupach zawodowych? A może te butelki z wodą na granicę przynosiły Das Krasnalen?

Później kolejne obostrzenia, zakaz przemieszczania się bez "potrzeby życiowej", zamknięcie lasów. Być może spowodowane było tym, że nagle pół Warsiaffki wyjechało radośnie na Mazury. Fakt faktem, Rządzący postanowili w ten sposób zareagować mając doświadczenie z UK, IT czy innej Hiszpanii, gdzie nie było aż takich restrykcji i jednocześnie rosła liczba zarażonych wymagających hospitalizacji. Rozciąganie w czasie maksimum zachorowań było jednym z rozsądniejszych rozwiązań. Jedyne co mnie bolało to drastyczny limit ilości ludzi w kościele przy jednoczesnych łagodniejszych restrykcjach w marketach.  Ale w mediach mówili, żeby #SiedziećNaRzyci i pod żadnym pozorem nie wychodzić na dwór/pole, bo to nas zabije.

No właśnie media. Nasz Minister Zdrowia mówił w jednym z wywiadów, że maseczki są niepotrzebne, po czym zmienił danie i dziś praktycznie wszyscy musimy zasłaniać usta i nos. W początkowej fazie przywdziewałem szalik mojego rodzimego klubu piłkarskiego, dziś zamieniłem go na kominiarkę. Jeszcze siedzę w domu, jednak człowieka już nosi jak cholera. W mediach mamy jeden przekaz, natomiast w Internecie pojawiają się kolejne doniesienia odnośnie tej całej pandemii. Pamiętam jeden z weekendów gdzie złożyło mnie dokumentnie, który przeleżałem z wysoką gorączką.  I do dziś nie wiem, czy jestem już odporny i mogę spokojnie wrócić do egzystencji, czy to, co mnie dopadło na Wyspach to inna febra. Jednak coraz głośniej mówi się o tym, że skutki tego całego zamknięcia dla gospodarki będą opłakane.

Za to mieliśmy "uroczystość" rozładowania wielkiego Żelaznego Ptaka, w której brał udział Premier, bez żadnych środków ochrony. I tu muszę zrobić mały wtręt. Kilka lat temu, pracując jeszcze jako informatyk obsługiwałem m.in. firmę transportową. Brałem udział w zdobywaniu przez Nich certyfikatów potrzebnych do przewozu określonych towarów. W jednej z procedur była mowa o traktowaniu ładunków koszernych. Aby nie wchodzić w szczegóły - po stronie firmy transportowej w takim transporcie nie mogły brać udział Kobiety. Nie tylko jako kierowcy, ale również niedopuszczalne było, aby zlecenie przyjęła kobieta, czy podpisała się na fakturze. Ot, taki zwyczaj, nie dyskutuję, tylko przedstawiam jako przykład. Tu mamy tony środków ochrony osobistej a do wnętrza ładowni wchodzą ludzie w cywilnych ubraniach, bez zachowania jakichkolwiek procedur.

Niemniej, gdy obserwuję jak moi Rodacy bezkrytycznie chodzą w maseczkach, próbując sobie wmówić, że maseczka z kotkiem jest fajniejsza od całej białej, to kąciki ust kierują się w stronę uszu. Przepraszam, ale przypomina mi to sytuację Żydów w czasie okupacji niemieckiej którzy myśleli, że nosząc opaskę z Gwiazdą Dawida nie będą przez hitlerowców rozstrzelani. Prawda jest jednak taka, że zarówno ta biała jak i ta z kotkiem mają niską skuteczność w obronie przed wirusem. Jedynie profesjonalne maseczki są w stanie zatrzymać mikroba i uchronić zarówno nas jak i osoby wokół.

Pomijam również filmiki, w których to "poszukiwacze swoich praw" nagrywali interwencję Policjantów. Wiadomo, prawo pisane na kolanie, obostrzenia z przysłowiowego przedłużenia pleców. Czasami durne, ale komuś ktoś kazał ich wymagać. Mi wystarczyło na pytanie Policji odpowiedzieć zgodnie z prawdą, że jadę do swoich Rodziców i temat był zamknięty. A powoływanie się na "konstytucyjne prawo do przemieszczania się" i to, że "nie zostało ono ograniczone". Serio? Postawcie się w miejscu takiego Policjanta, którego czas jest marnowany przez takiego samorodka prawniczego.

Także, podsumowując ten długi wpis: nie dajmy się zwariować, zachowajmy zdrowy rozsądek. Jeżeli faktycznie jest to wynik medialnego szumu - niewiele stracimy. Jeżeli jest to faktycznie coś groźnego - pozwoli nam to zachować dłużej zdrowie.

Do zobaczenia :-)